czwartek,
Dziewczynka obudziła się rano z bólem głowy. Zawsze tak było, gdy miała na głowie dużo spraw. Przy czym sprawa wcale nie musiała być natury materialnej - wręcz przeciwnie. Najpoważniejszą Sprawą zwykle jest uczucie, które pojawia się niespodziewanie w nietypowym momencie, pozostawiając nieprzyjemną dezorientację a czasem i niesmak (na przykład chwilowa irytacja na widok zbliżającej się do chatki na kurzej łapce Wiedźmy). Sprawą również może być nierozszyfrowany grymas na twarzy rozmówcy,  kujące w uszy słowo, które padło podczas rozmowy i to nie koniecznie z ust tej drugiej osoby. Nikt nie jest w stanie tak nas zaskoczyć jak my sami siebie. W każdym razie kilka takich Spraw nawarstwiło się i Dziewczynka postanowiła, że najwyższy czas sięgnąć po niezawodny środek na troski - wysiłek fizyczny. 
W domku było cicho i duszno. Z piętra doszło ją spokojne pochrapywanie Misia a nad głową przeleciały jej dwa samolociki, które złożyły się z rachunków za gaz i wodę. Zeszła ostrożnie po strzępiącej się drabince zwisającej obok kurzej łapy i ruszyła w stronę stajni pegazów. Nie spojrzała wcześniej na zegarek i dopiero teraz zorientowała się jak wcześnie wstała. Rosa jeszcze leżakowała sobie w najlepsze na soczystych źdźbłach trawy (doszczętnie mocząc jej różowe trampki) a stado saren dopiero co wyszło na pobliską łąkę skubnąć sobie trochę chwasta. Przystanęła chwilkę przy płocie obserwując sarny. Były to piękne stworzenia - smukłe, delikatne, o niezwykle miękkiej, błękitnej sierści (chociaż niewiele śmiertelników miało kiedykolwiek okazję pogłaskać sarnę - te zjawiskowe zwierzęta dopuszczały do siebie tylko istoty o klarownym umyśle, a każdy z nas chyba wie jak w pędzie codziennego życia trudno utrzymać w głowie spokój i porządek). Słońce wisiało jeszcze nisko nad Krainą. Dziewczynka oderwała wzrok od saren zaalarmowana coraz szybszym tempem jakie nabierały jej myśli i wróciła na ścieżkę. Odryglowała drzwi i powolutku podążyła ciemnym korytarzem dając oczom przyzwyczaić się do braku światła. W boksach zaczęły wybrzmiewać pełne zdziwienia parsknięcia - pegazy owszem z wielką ochotą już wyszłyby na dwór, jednak zaskoczone były tak wczesnym przybyciem swojej właścicielki. Ale Dziewczynka tym razem nie przybyła do stajni tylko po to by wypełnić swoje obowiązki. Przyszła też zabrać stary, żółty kajak i dwupiórowe, zielone wiosło kurzące się spokojnie w ciemnym kącie. 
Zaraz po tym jak ucichł radosny stukot kopyt ostatniego pegaza opuszczającego swoją zagrodę Dziewczynka powoli wywlokła się przez szeroko otwarte drzwi ze swoim kajakiem. Nad rzekę miała niedaleko, więc nie zdążyła nawet się zasapać gdy dotarła do malutkiej kei przy jej brzegu. Ułożyła kajak na słońcu i zaczęła oglądać go dokładnie szukając uszkodzeń, które mogłyby uprzykrzyć jej wycieczkę (w końcu co to za przyjemność wiosłować kiedy siedzi się tyłkiem w wodzie?). Słońce przyjemnie grzało ją w plecy gdy pochylała się nad łódką. Rzeka, którą chciała popłynąć miała spokojny nurt i kręte, niezbyt szerokie koryto prowadzące przez wyjątkowo malownicze okolice. Przechodziły nad nią łukowe mostki, niektóre drewniane, inne kamienne - stare i zdobione misternymi płaskorzeźbami przedstawiającymi starodawne dzieje. Ruczaj biegł przez pola, mijał domy innych mieszkańców Krainy ale też wpływał do lasu, gdzie rejs urozmaicały gdzieniegdzie zwalone drzewa, które trzeba było omijać. Dziewczynka rozprostowała plecy i porozciągała się chwilę. Trzeba porządnie rozgrzać ramiona przed trasą. Pogoda zapowiadała się pysznie, miły wiatr łaskotał ją w kark poruszając pasemkami włosów, które wysmyknęły się z wysoko upiętego koka. Zepchnęła kajak do wody i przytrzymała go za lewą burtę po czym zwinnie wskoczyła do środka i odepchnęła się od pomostu. Zgodnie ze sztuką ruszyła w górę rzeki - wrócić z prądem zawsze łatwiej. Już po kilku pociągnięciach wiosłem poczuła przyjemne ciepło w mięśniach i uderzył ją cudowny zapach roślinności wodnej. Szybko złapała równe tempo wiosłowania i mogła oddać się porządkowaniu myśli. Było to zajęcie żmudne i pracochłonne jak robienie przeglądu swojej garderoby. Najpierw trzeba zrobić jeszcze większy bałagan niż był, porozrzucać rzeczy po całym pokoju i spojrzeć na puste półki oceniając o ile miejsca jest za mało. Bo mimo iż Dziewczynka miała bardzo pojemną szafę, to nie pomagało to w niczym - czasem miała wrażenie, że potrafiłaby wypełnić ciuchami przestrzeń dowolnej wielkości. W każdym razie taka ocena sytuacji była potrzebna, aby odpowiednio nastroić się do przeglądania hałd odzieży. Tym razem sprawa wyglądała dość groźnie ale nie z takimi już Dziewczynka sobie radziła. Zaczęło się wielkie przymierzanie. Niektóre ubrania, dobrze znane, wygodne i sprawdzone (może i trochę miejscami wytarte przez lata noszenia ale nadal chętnie przez nią zakładane) lądowały od razu na kupce 'do odłożenia do szafy' ładnie złożone i wygładzone czule rączką. Przy innych potrzebowała chwili namysłu, czasem serwowała im jakieś małe naprawy- przyszywała oderwane guziki, łatała przetarcia, podcinała strzępiące się nogawki... Przychodziły jej przy tym czasem pomysły na większe przeróbki, na które potrzebowałaby więcej czasu więc odkładała je na później. Zdarzały się też ubrania co do których nie mogła się kompletnie zdecydować. Ubierała je i kręciła się przez lustrem pytając co rusz Misia : 
-Chyba kiepsko leży, co? Ale może jakbym z tej strony trochę złapała, tu doszyła jakąś kokardkę, powinno wyglądać całkiem nieźle, co myślisz, Misiu? - biały niedźwiadek zaś, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, odpowiadał zdawkowo:
-Moja droga, nie mam pojęcia, to przecież Ty będziesz w tym chodzić. Dla mnie we wszystkim wyglądasz ślicznie.
Nie muszę dodawać, że towarzysz wcale Dziewczynce nie pomagał. Bywało nie raz, że przy jakiejś sukience zatrzymywała się na dobrych kilka minut, odkładała ją już na stertę 'do wyrzucenia' po czym ubierała się w nią jeszcze raz, układała wśród ukochanych ubrań, znów przymierzała i z płaczem umieszczała na poprzednim miejscu. Możecie się śmiać, ale to były naprawdę ciężkie decyzje. To co, że spódniczka nie leży tak dobrze jak kiedyś, skoro ona lubi ją tak bardzo i pamięta wiele szczęśliwych dni przebieganych właśnie w niej.. Albo spodenki, które chętnie by jeszcze ponosiła, bo wygląda w nich świetnie ale czuje, że jej, dużej pannie, chyba nie wypada już nosić gaci w kolorowe grochy. Wśród tego morza wszelkiej maści materiałów Dziewczynka znajdowała również dawno zapomniane ciuchy. Przy jednych rozczulała się, prędko nakładała je i podziwiała w lustrze mówiąc : "Och, mój kochany sweterku, jakże Cię przepraszam, zupełnie zapomniałam.. teraz Cię będę częściej nosić. Obiecuję! Ojej, dalej pasuje jak ulał, jak za dawnych lat". 
Ale niestety - nie wszystkie niespodzianki były takie miłe. Znajdowała też czasem zaskoczona ubranie, o którym przysiąc by mogła, że dawno się go już pozbyła. Brała taką koszulę w trzęsące się ręce i prędko wrzucała prosto do kontenera. Ale jak to bywa z niechcianymi ubraniami, czasem powracają. Nie dają się tak łatwo wymazać z garderoby. 
Przepłynęła właśnie pod mostem obok domu Starca Znad Rzeki gdzie ruczaj skręcał szerokim łukiem w prawo, w stronę lasu. Ubrania były już przebrane i posortowane. W dalszym ciągu oczywiście zastanawiała się nad słusznością kilku decyzji, ale nie miała już siły po raz kolejny ubierać tej czerwonej spódniczki z falbaną. Przyszła pora odkładać ubrania na półki. Była przemęczona, ale widok równych kupek koszulek, swetrów, spodni i sukienek uspokoił ją trochę. Przebiegła tylko jeszcze raz w myślach listę ubrań do przeróbki i zaczęła spokojnie odkładać swoją kolekcję uczuć do szafy. Tymczasem zbliżyła się już do skraju lasu. Przyjemny chłód zstąpił na jej rozgrzaną słońcem skórę a zieleń liści otuliła oczy zmęczone refleksami wody. Czuła się o wiele lepiej, myśli wreszcie wyhamowały do tempa nurtu rzeki i przestały przyprawiać ją o ból głowy krzycząc wniebogłosy. Przerwała na chwilę wiosłowanie aby nabrać wody w dłonie i ochlapać sobie twarz i szyję. Otworzywszy oczy po tym orzeźwiającym zabiegu ujrzała stojącego wśród kniei  jednorożca. Serce zabiło jej mocniej, a w duszę jakby ktoś wlał garniec miodu. Ogier spojrzał na nią, parsknął głośno, stanął dęba i pognał wgłąb lasu.
-Udało się. Chyba się udało - powiedziała cichutko do siebie, zawróciła kajak i  żwawo ruszyła w dół rzeki. "No, teraz szybciutko. Misiu już pewnie wstał, trzeba mu przecież zrobić śniadanie."

warstwowy 2011-06-09 09:16:22
skomentuj (1)
Doktor Freiwegstein
Tego dnia wszystkie zamieszkujące okolicę stworzenia zgromadziły się w amfiteatrze. Amfiteatr zrobiony jest z ogromnej muszli, nikt już nie pamięta jak znalazła się w miejscu tak odległym od morza, kto ją przyciągnął i cóż za przedziwne stworzenie morskie w niej kiedyś mieszkało. Tak czy inaczej - Muszla była pełna po brzegi. Nie zdarzało się to zbyt często, wszyscy przecież jesteśmy zapracowani. Organizowano więc najwyżej raz na parę miesięcy dość chętnie oglądane występy Czarownicy ze Złotymi Motylami, Wróżek grających na  skrzydłach (swoją drogą, to musi być bardzo trudne, każdy z nas wie że trzepot skrzydeł ma swoją określoną barwę i ton, ale te spryciary tworzą całe orkiestry dostrajając się wielkością skrzydeł oraz tuszą i grają symfonie o słodkich, przejmujących melodiach). Zorganizowano też kiedyś występ Syren, ale wiadomo - było to dość kosztowne i kłopotliwe. Transport artystek w beczkowozach był dla nich bardzo nieprzyjemny a ustawienie na scenie ogromnego akwarium okazało się dziełem życia inżynierów Krainy, którzy się tego podjęli. Z pomniejszych cyklicznych imprez warto również wymienić koncerty zespołu pieśni i tańca "Las" do którego należą wszelkiego pokroju stworzenia leśne: od elfów, leśnych skrzatów, przez jelenie, latające wiewiórki aż po korniki, które co prawda nie występują ale odwalają sporą robotę przy tworzeniu dekoracji i strojów. W Muszli odbywają się też występy kabaretowe a najsłynniejszym kabareciarzem Krainy jest oczywiście Starzec znad Rzeki. Swoimi monologami doprowadza publiczność do szaleństwa, co drugi ankietowany przyznaje że po występie Starca ma zakwasy na brzuchu od śmiania się przez przynajmniej jeden dzień.
Wracając do historii, jaką chciałam dziś opowiedzieć - tego dnia w amfiteatrze miał odbyć się występ znanego na całą Krainę artysty - magika Doktora Freiwegstein'a. Jest on postacią bez wątpienia nietuzinkową. Już sam jego wygląd, nawet jak na standardy krainy jest dość osobliwy - Doktor jest bowiem drewnianą kukłą pomalowaną czarną i białą farbą. Nosi czarny frak, białą koszulę, czarny melonik i nieodzowną czerwoną muchę - jego znak firmowy, który zawsze znajduje się na plakatach obwieszczających jego występ. Postury jest raczej wątłej, wzrostu - niskiego aczkolwiek ma dość długie nogi i ręce w stosunku do krótkiego korpusu. Twarz ma pociągłą o niezmiennych wyrazie - puste oczy i wyszczerzone zęby. Nikt nie wie w jaki sposób Doktor Freiwegstein mówi, bo.. mimo, iż nie wydaje z siebie dźwięków, to głos Doktora po prostu pojawia się w głowie rozmówcy i co ważne - tylko w głowie rozmówcy. Szczęśliwiec nie musi się przejmować, że ktoś kiedyś podsłucha jego zwierzenia, trafiają one bowiem tylko do zaufanej głowy. Chociaż, wcale bym nie była pewna, czy Freiwegstein komukolwiek się zwierza - plotka głosi iż jest samotnikiem i raczej woli kiwać głową, niż odpowiadać pełnymi zdaniami. Występy Freiwegstein'a są szczególne i tajemnicze. Tak było również i tego dnia. Doktor wyszedł na scenę i nie ukłoniwszy się, ani nie poczekawszy aż owacja umilknie wzniósł ręce do góry i zamarł na chwilę. Powietrze przeszyło jakby wyładowanie elektryczne - widzom wszystkie włosy stanęły dęba - i po kilku sekundach gdzieś z nieba zleciała mała drewniana skrzynka - wprost w ręce Doktora. W tym momencie w głowach każdego z osobna zabrzmiał spokojny głos Doktora:
"Moi mili, chciałbym dzisiejszego wieczoru pokazać wam Skrzynkę. Skrzynka ta jest szczególna, ponieważ jest pełna i pusta."
Powietrze przeszył pomruk zdziwienia, część widzów zachichotała, resztę przeszły dreszcze, Dziewczynka pchnięta jakimś impulsem chwyciła za łapkę Misia.
-Co jest, maleńka?
-Nic, ciii...!! - uciszyła swojego towarzysza, jakby mógł zagłuszyć głos który ponownie odezwał się w ich głowach:
"Za chwilkę będziecie mieli okazję uczestniczyć w niezwykłym widowisku. Tak jak wspominałem, Skrzynka jest pełna i pusta, w zależności od waszych możliwości. To od was zależy, co jest w Skrzyni i w konsekwencji - czy opłacało się kupić bilet. Postarajcie się więc, pomyślcie o czymś przyjemnym i.. zaczynamy!"
Dla stworzeń Krainy, które pierwszy raz były na występie Doktora Freiwegsteina ta zapowiedź wydawała się bardzo dziwna. Nie wiedziały one bowiem, że Doktor posiadł pradawną sztukę roziskrzania powietrza obrazami, które dla każdej istoty z osobna wyglądają zupełnie inaczej. Opowiadają one równocześnie każdemu widzowi inną historię, która objawia mu prawdę, sens lub chociaż daje nadzieję, czy chwilę radości. Porusza najczulsze struny duszy każdego ze zgromadzonych. Pod warunkiem oczywiście że dana istota potrafi jeszcze czuć, pragnąć dobra, szczęścia i szukać sensu. Dlatego też najsmutniejsze istoty Krainy unikają występów Doktora.
W Muszli rozległo się skrzypnięcie otwieranej Skrzynki.
-Misiu... -powiedziała Dziewczynka ściskając mocniej jego łapkę.
-Co takiego...?- trochę nieobecnie odpowiedział Misiu zafascynowany widokiem jaki się przed nim roztaczał.
-Misiu, widzę to. Widzę.
Doktor Freiwegstein stał z boku sceny z założonymi z tyłu rękoma kiwając się na stopach to w przód, to w tył.


warstwowy 2011-01-11 16:24:50
skomentuj (12)
niedziela, złote wstęgi
Masza żyła w Sadzie Oliwnym, w uroczej (chociaż zupełnie zapomnianej) kotlinie skalistych, nieprzystępnych Bezimiennych Gór. Sad ten był wiecznie owocujący, dnie w kotlinie ciepłe i zwykle bezchmurne - oprócz odświeżających, letnik mżawek. Chroniła się przed nimi pod drzewkami oliwnymi obserwując jak włosy skręcają jej się w loki. Nocne niebo zawsze było gwiaździste a Sad wyglądał w srebrnej poświacie księżyca jeszcze bardziej tajemniczo niż w ciągu dnia. Złote Wstęgi w tym świetle wydawały się być srebrne. A może rzeczywiście na noc zmieniały kolor?
Mieszkała w Sadzie właściwie sama, ale obecność Złotych Wstęg zawsze dodawała jej otuchy i ogrzewała zmartwione serce w razie potrzeby. Były różnych długości i grubości. Poza tym miały różne odcienie i każda miała swoje ulubione miejsca w Sadzie. Unosiły się zwykle w powietrzu targane wiatrem, wglądały jakby tylko siła powiewu je unosiła, chociaż Masza wiedziała, że potrafią latać. Odpoczywały na trawie albo owinięte na konarach drzew. Wyobraźcie sobie tylko, jakie to cudowne miejsce - wokół groźne turnie Bezimiennych Gór a po środku wiecznie żywy gaj oliwny cały spowity ruchliwymi ciałkami Złotych Wstęg. Całość oblana ciepłym światłem słonecznym, soczysta zieleń, błękit nieba i złoto.. złoto..
Jakież było zdziwienie Maszy gdy pierwszy raz zobaczyła wystrzępioną Wstęgę. Całe lata wszystkie były idealnie gładkie i błyszczące, aż tu nagle przeleciała jedna rozdzierająca się na pół. Nie muszę chyba tłumaczyć jak bardzo niepokojąca była ta obserwacja. Niestety - nie bezpodstawne były obawy Maszy. Jedna po drugiej Wstęgi zaczęły się dzielić, zrobiło się ich całe mrowie. Nie wyglądało to źle ale jakoś tak.. obco. Nie mogąc nic na to poradzić żyła dalej z dnia na dzień, chwilami bywała nawet szczęśliwa, najszczęśliwsza zaś, gdy spotykała jakąś dorodną, zdrową Wstęgę. Było ich jednak coraz mniej.. Po paru tygodniach w powietrzu fruwały już tylko złote nici, coraz słabiej widoczne, aż w końcu zupełnie zniknęły.
***
"Czasem, gdy ledwo rozbudzona otwieram oczy wydaje mi się, że widzę jakąś Wstęgę. Dorodną i złociutką, niknącą gdzieś między drzewkami. Ta sekunda, kiedy już nie śpię a jeszcze nie pamiętam, że Wstęgi zniknęły.. ta sekunda jest przepiękna."

warstwowy 2010-11-14 08:57:04
skomentuj (0)
niedziela, parasol(ka)
Traktowałam swoją parasolkę bardzo czule. Gładziłam po drewnianej rączce i nosiłam wszędzie całą jesień - to zwykle gwarantowało brak deszczu. Nigdy nie potrafiłam się oprzeć, żeby nie obracać jej w palach, gdy oparta o ramię rozpościerała się nade mną. Bariera między mną a deszczem. Była w kolorach ziemi, takie jesienne mazy. Miała poobijaną drewnianą rączkę i pokrzywiony szpic. Wymachiwałam nią zawsze, gdy była złożona. Niestety, jak się trzyma głowę w chmurach, to parasolki się gubi. Cóż, emocje emocjami ale nową parasolkę na miejsce mojej wiernej, jesiennej koleżanki trzeba było znaleźć.
Znalazł się kolega. Nie wiem dlaczego ale automatycznie uznałam, że ten długi, czarny parasol z drewnianą (a jakże) rączką jest mężczyzną. Towarzyszył mi cały pierwszy rok studiów, pierwszy rok w Warszawie i dokładnie na ostatniej imprezie przed powrotem do domu gdzieś go zapodziałam. Był wielki, zawalaty, czułam się pod nim bezpiecznie jak nigdy. No i oczywiście wywijałam nim w powietrzu za każdym razem gdy go niosłam.
Lato przebiedowałam bez mojej ulubionej ochrony przed deszczem ale przyszedł rok akademicki i zdecydowanie trzeba było zanabyć nowego towarzysza.. Znów czarny. A raczej czarna. Mała, składana, mieści się w torebce. Wygodna. Praktyczna. I właśnie wczoraj, gdy idąc przez podeszczową Warszawę natknęłam się na nią w torebce.. zrobiło mi się tak smutno, że nie nadaje się ona do deszczowego tańca. Za krótka, gdy próbuję nią wywijać kręcąc za uchwyt to się rozkłada, jakby miała służyć tylko do osłony od deszczu. Wszystko się robi takie cholernie wygodne i bez polotu.
Trzeba z tym walczyć i jakoś sobie pokrzyżować plany. Życie, dziej się.

warstwowy 2010-11-07 14:05:56
skomentuj (0)
poniedziałek, nowa
Bałam się, że stanęłam w miejscu. Cały miesiąc oglądałam przez przymrużone oczy z lekkim niepokojem obserwując rozmazane kształty, łatwo przyswajalne. Jakieś takie zsiadłe mleko.
Ale przyszła wreszcie nowa barwa. Cicha i spokojna jak szum klatki  schodowej. Jak lampka nocna.
Pamiętam jak kiedyś odkryłam, że prawdziwym szczęściem jest spokój. Taki w środku.
Miałam chyba ze 14 lat, nie więcej. Śmieszne i oczywiste odkrycie, ale.. trzymam tę myśl w głowie od tamtej pory i nie wypuszczam. Jak wieloma barwami mi Świat teraz nie migocze w oczy, póki widzę tę nową barwę.. spokój nie znika.

warstwowy 2010-10-26 02:16:48
skomentuj (2)
sobota, z pośligiem
Żyję w bardzo dobrych stosunkach ze swoim Cieniem. Lubię go, i często kroczę za nim w rytm naszej ulubionej muzyki. Chyba że to on idzie tuż za mną, krok w krok, nie myląc tempa marszu choćbym nie wiem jak próbowała zwodniczo wstawiać kontrapunkty, potykać się niespodziewanie czy obracać na pięcie by pognać w przeciwnym kierunku. Czasem mój Cień wychodzi z siebie. Każdy z nas chyba tak ma? Dwoi się wtedy i troi aby otoczyć mnie sobą, jak ochronym płaszczem zwartego szeregu  cienistych strażników.
Brak mi go w pochmurne dni.

warstwowy 2010-10-04 13:31:08
skomentuj (1)
wtorek,
Jedno wiem na pewno - szycie na maszynie uspokaja i wycisza tylko przez pierwsze 4 godziny. Prawdopodobnie dlatego, że zwykle po ich upływie coś zaczyna się nie układać, krzywo zaszywać a nitka ucieka jakby częściej. Jednak niezaprzeczalnie jest coś magicznego w ciemnym pokoju wypełnionym muzyką, w którym jedynym źródłem światła jest oświetlenie stopki maszyny. Wyobrażam sobie czasem, że jestem Warwarą Aleksiejewną z "Biednych Ludzi" Dostojewskiego. Tylko mam lepszą maszynę, rzecz jasna.
Tak, niech się te staroświeckie sprawności pogryzą z moim umiłowaniem życia  mieście, liberalizmem i internetową sub-jaźnią. Zaleję to wszystko herbatą.

warstwowy 2010-09-07 22:52:11
skomentuj (0)