Berlin

przez , 02.wrz.2013, w .

Zadziwiające, jak czasem niepozorne sytuacje potrafią zostawić ślad w człowieku. Niektóre zostają z nami na bardzo długo, wspomnienie zamiast blednąć krystalizuje się nieco wypaczając fakty ale z drugiej strony kto teraz jest w stanie powiedzieć jak naprawdę było? Przeszłość przecież istnieje głównie w naszych głowach a moje wspomnienia, te wspomnienia które zamieszkały sobie u mnie na stałe, to zaledwie drobiny piasku w wielkie kuwecie wydarzeń. Nikt nie powinien mieć mi za złe tej subiektywnej krystalizacji. Szperając w pamięci odnalazłam piękny zachód słońca, rażącą w oczy biel pokładu, muzykę owiniętą w zmiętą pościel, chłodny powiew dosięgający mnie zza uchylonego okna… Każde wspomnienie ma inną metrykę (poziom krystalizacji), miejsce i intensywność, ale wspólne jest jedno: powracają w najmniej oczekiwanym momencie przynosząc bardzo przyjemne, kojące uczucie – coś na kształt spełnienia. Żyję, czuję, pamiętam.

Ostatnio przyplątała się do mnie kolejna sytuacja, która ma szansę zostać na długo. Spotkanie trwało najwyżej kilkanaście sekund – nie dłużej niż się czeka aż Ampelmann znów rozłoży nogi i zapłonie na zielono. Moją uwagę przykuła stojąca opodal przejścia dla pieszych zatroskana dziewczyna z psem. Podarte ciuchy, ćwieki, kolczyki wyglądały na niej zupełnie inaczej niż na całej reszcie kolorowej berlińskiej młodzieży. Nie miało to w sobie nic z ostentacyjnej manifestacji młodości i niezależności. Wszystkie kolczyki na jej twarzy były na swoim miejscu, każda dziura w rajstopach i koszulce miała swoją historię, umorusane ręce mówiły, że spały dziś na chodniku a pies.. Pies był czarny, spokojny i smutny. Dziewczyna trzymała w ręce plastikową, czarno-złotą maskę karnawałową. Złotko miejscami rozwarstwiało się, gumka dawno sparciała a w dodatku w okolicach nosa na masce widniało wyraźne pęknięcie. Dziewczyna jednak usilnie próbowała maskę naprawić, jakby po kolejnym przełożeniu jej z ręki do ręki pęknięcie miało magicznie zniknąć. W pewnym momencie podniosła wzrok i nasze oczy się spotkały. Pod toną piercingu rysy twarzy miała tak delikatne i piękne, że momentalnie serce mi drgnęło. Dziewczynka z zapałkami. O spojrzeniu pełnym niepokoju i nadziei, trochę nieobecnym, trochę przymglonym.. Nie byłam nawet pewna, czy mnie widzi. Po chwili jednak wyciągnęła w moją stronę rękę z maską.

- Do you want? For 10 cents?

W tym momencie sygnalizator świetlny zaczął stukać a ja zdążywszy jedynie odbąknąć „No, thanks” podążyłam za koleżankami. Dziewczyna była pewnie na takim haju, jaki ciężko sobie wyobrazić. Prawdopodobnie mieszka na ulicy lub w jednym z berlińskich squatów i próbuje wcisnąć ludziom znalezione gdzieś śmieci, żeby mieć na następną działkę.

Jakże sobie teraz pluję w brodę, że nie kupiłam od niej tej maski. Była piękna.

1 komentarz więcej...

czwartek,

przez , 09.cze.2011, w .

Dziewczynka obudziła się rano z bólem głowy. Zawsze tak było, gdy miała na głowie dużo spraw. Przy czym sprawa wcale nie musiała być natury materialnej – wręcz przeciwnie. Najpoważniejszą Sprawą zwykle jest uczucie, które pojawia się niespodziewanie w nietypowym momencie, pozostawiając nieprzyjemną dezorientację a czasem i niesmak (na przykład chwilowa irytacja na widok zbliżającej się do chatki na kurzej łapce Wiedźmy). Sprawą również może być nierozszyfrowany grymas na twarzy rozmówcy,  kujące w uszy słowo, które padło podczas rozmowy i to nie koniecznie z ust tej drugiej osoby. Nikt nie jest w stanie tak nas zaskoczyć jak my sami siebie. W każdym razie kilka takich Spraw nawarstwiło się i Dziewczynka postanowiła, że najwyższy czas sięgnąć po niezawodny środek na troski – wysiłek fizyczny. 


W domku było cicho i duszno. Z piętra doszło ją spokojne pochrapywanie Misia a nad głową przeleciały jej dwa samolociki, które złożyły się z rachunków za gaz i wodę. Zeszła ostrożnie po strzępiącej się drabince zwisającej obok kurzej łapy i ruszyła w stronę stajni pegazów. Nie spojrzała wcześniej na zegarek i dopiero teraz zorientowała się jak wcześnie wstała. Rosa jeszcze leżakowała sobie w najlepsze na soczystych źdźbłach trawy (doszczętnie mocząc jej różowe trampki) a stado saren dopiero co wyszło na pobliską łąkę skubnąć sobie trochę chwasta. Przystanęła chwilkę przy płocie obserwując sarny. Były to piękne stworzenia – smukłe, delikatne, o niezwykle miękkiej, błękitnej sierści (chociaż niewiele śmiertelników miało kiedykolwiek okazję pogłaskać sarnę – te zjawiskowe zwierzęta dopuszczały do siebie tylko istoty o klarownym umyśle, a każdy z nas chyba wie jak w pędzie codziennego życia trudno utrzymać w głowie spokój i porządek). Słońce wisiało jeszcze nisko nad Krainą. Dziewczynka oderwała wzrok od saren zaalarmowana coraz szybszym tempem jakie nabierały jej myśli i wróciła na ścieżkę. Odryglowała drzwi i powolutku podążyła ciemnym korytarzem dając oczom przyzwyczaić się do braku światła. W boksach zaczęły wybrzmiewać pełne zdziwienia parsknięcia – pegazy owszem z wielką ochotą już wyszłyby na dwór, jednak zaskoczone były tak wczesnym przybyciem swojej właścicielki. Ale Dziewczynka tym razem nie przybyła do stajni tylko po to by wypełnić swoje obowiązki. Przyszła też zabrać stary, żółty kajak i dwupiórowe, zielone wiosło kurzące się spokojnie w ciemnym kącie. 

Zaraz po tym jak ucichł radosny stukot kopyt ostatniego pegaza opuszczającego swoją zagrodę Dziewczynka powoli wywlokła się przez szeroko otwarte drzwi ze swoim kajakiem. Nad rzekę miała niedaleko, więc nie zdążyła nawet się zasapać gdy dotarła do malutkiej kei przy jej brzegu. Ułożyła kajak na słońcu i zaczęła oglądać go dokładnie szukając uszkodzeń, które mogłyby uprzykrzyć jej wycieczkę (w końcu co to za przyjemność wiosłować kiedy siedzi się tyłkiem w wodzie?). Słońce przyjemnie grzało ją w plecy gdy pochylała się nad łódką. Rzeka, którą chciała popłynąć miała spokojny nurt i kręte, niezbyt szerokie koryto prowadzące przez wyjątkowo malownicze okolice. Przechodziły nad nią łukowe mostki, niektóre drewniane, inne kamienne – stare i zdobione misternymi płaskorzeźbami przedstawiającymi starodawne dzieje. Ruczaj biegł przez pola, mijał domy innych mieszkańców Krainy ale też wpływał do lasu, gdzie rejs urozmaicały gdzieniegdzie zwalone drzewa, które trzeba było omijać. Dziewczynka rozprostowała plecy i porozciągała się chwilę. Trzeba porządnie rozgrzać ramiona przed trasą. Pogoda zapowiadała się pysznie, miły wiatr łaskotał ją w kark poruszając pasemkami włosów, które wysmyknęły się z wysoko upiętego koka. Zepchnęła kajak do wody i przytrzymała go za lewą burtę po czym zwinnie wskoczyła do środka i odepchnęła się od pomostu. Zgodnie ze sztuką ruszyła w górę rzeki – wrócić z prądem zawsze łatwiej. Już po kilku pociągnięciach wiosłem poczuła przyjemne ciepło w mięśniach i uderzył ją cudowny zapach roślinności wodnej. Szybko złapała równe tempo wiosłowania i mogła oddać się porządkowaniu myśli. Było to zajęcie żmudne i pracochłonne jak robienie przeglądu swojej garderoby. Najpierw trzeba zrobić jeszcze większy bałagan niż był, porozrzucać rzeczy po całym pokoju i spojrzeć na puste półki oceniając o ile miejsca jest za mało. Bo mimo iż Dziewczynka miała bardzo pojemną szafę, to nie pomagało to w niczym – czasem miała wrażenie, że potrafiłaby wypełnić ciuchami przestrzeń dowolnej wielkości. W każdym razie taka ocena sytuacji była potrzebna, aby odpowiednio nastroić się do przeglądania hałd odzieży. Tym razem sprawa wyglądała dość groźnie ale nie z takimi już Dziewczynka sobie radziła. Zaczęło się wielkie przymierzanie. Niektóre ubrania, dobrze znane, wygodne i sprawdzone (może i trochę miejscami wytarte przez lata noszenia ale nadal chętnie przez nią zakładane) lądowały od razu na kupce ‚do odłożenia do szafy’ ładnie złożone i wygładzone czule rączką. Przy innych potrzebowała chwili namysłu, czasem serwowała im jakieś małe naprawy- przyszywała oderwane guziki, łatała przetarcia, podcinała strzępiące się nogawki… Przychodziły jej przy tym czasem pomysły na większe przeróbki, na które potrzebowałaby więcej czasu więc odkładała je na później. Zdarzały się też ubrania co do których nie mogła się kompletnie zdecydować. Ubierała je i kręciła się przez lustrem pytając co rusz Misia : 
-Chyba kiepsko leży, co? Ale może jakbym z tej strony trochę złapała, tu doszyła jakąś kokardkę, powinno wyglądać całkiem nieźle, co myślisz, Misiu? - biały niedźwiadek zaś, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, odpowiadał zdawkowo:

-Moja droga, nie mam pojęcia, to przecież Ty będziesz w tym chodzić. Dla mnie we wszystkim wyglądasz ślicznie.

Nie muszę dodawać, że towarzysz wcale Dziewczynce nie pomagał. Bywało nie raz, że przy jakiejś sukience zatrzymywała się na dobrych kilka minut, odkładała ją już na stertę ‚do wyrzucenia’ po czym ubierała się w nią jeszcze raz, układała wśród ukochanych ubrań, znów przymierzała i z płaczem umieszczała na poprzednim miejscu. Możecie się śmiać, ale to były naprawdę ciężkie decyzje. To co, że spódniczka nie leży tak dobrze jak kiedyś, skoro ona lubi ją tak bardzo i pamięta wiele szczęśliwych dni przebieganych właśnie w niej.. Albo spodenki, które chętnie by jeszcze ponosiła, bo wygląda w nich świetnie ale czuje, że jej, dużej pannie, chyba nie wypada już nosić gaci w kolorowe grochy. Wśród tego morza wszelkiej maści materiałów Dziewczynka znajdowała również dawno zapomniane ciuchy. Przy jednych rozczulała się, prędko nakładała je i podziwiała w lustrze mówiąc : „Och, mój kochany sweterku, jakże Cię przepraszam, zupełnie zapomniałam.. teraz Cię będę częściej nosić. Obiecuję! Ojej, dalej pasuje jak ulał, jak za dawnych lat”. 

Ale niestety – nie wszystkie niespodzianki były takie miłe. Znajdowała też czasem zaskoczona ubranie, o którym przysiąc by mogła, że dawno się go już pozbyła. Brała taką koszulę w trzęsące się ręce i prędko wrzucała prosto do kontenera. Ale jak to bywa z niechcianymi ubraniami, czasem powracają. Nie dają się tak łatwo wymazać z garderoby. 

Przepłynęła właśnie pod mostem obok domu Starca Znad Rzeki gdzie ruczaj skręcał szerokim łukiem w prawo, w stronę lasu. Ubrania były już przebrane i posortowane. W dalszym ciągu oczywiście zastanawiała się nad słusznością kilku decyzji, ale nie miała już siły po raz kolejny ubierać tej czerwonej spódniczki z falbaną. Przyszła pora odkładać ubrania na półki. Była przemęczona, ale widok równych kupek koszulek, swetrów, spodni i sukienek uspokoił ją trochę. Przebiegła tylko jeszcze raz w myślach listę ubrań do przeróbki i zaczęła spokojnie odkładać swoją kolekcję uczuć do szafy. Tymczasem zbliżyła się już do skraju lasu. Przyjemny chłód zstąpił na jej rozgrzaną słońcem skórę a zieleń liści otuliła oczy zmęczone refleksami wody. Czuła się o wiele lepiej, myśli wreszcie wyhamowały do tempa nurtu rzeki i przestały przyprawiać ją o ból głowy krzycząc wniebogłosy. Przerwała na chwilę wiosłowanie aby nabrać wody w dłonie i ochlapać sobie twarz i szyję. Otworzywszy oczy po tym orzeźwiającym zabiegu ujrzała stojącego wśród kniei  jednorożca. Serce zabiło jej mocniej, a w duszę jakby ktoś wlał garniec miodu. Ogier spojrzał na nią, parsknął głośno, stanął dęba i pognał wgłąb lasu.
-Udało się. Chyba się udało - powiedziała cichutko do siebie, zawróciła kajak i  żwawo ruszyła w dół rzeki. „No, teraz szybciutko. Misiu już pewnie wstał, trzeba mu przecież zrobić śniadanie.”
1 komentarz więcej...

Doktor Freiwegstein

przez , 11.sty.2011, w .

Tego dnia wszystkie zamieszkujące okolicę stworzenia zgromadziły się w
amfiteatrze. Amfiteatr zrobiony jest z ogromnej muszli, nikt już nie
pamięta jak znalazła się w miejscu tak odległym od morza, kto ją
przyciągnął i cóż za przedziwne stworzenie morskie w niej kiedyś
mieszkało. Tak czy inaczej – Muszla była pełna po brzegi. Nie zdarzało
się to zbyt często, wszyscy przecież jesteśmy zapracowani. Organizowano
więc najwyżej raz na parę miesięcy dość chętnie oglądane występy
Czarownicy ze Złotymi Motylami, Wróżek grających na  skrzydłach (swoją
drogą, to musi być bardzo trudne, każdy z nas wie że trzepot skrzydeł ma
swoją określoną barwę i ton, ale te spryciary tworzą całe orkiestry
dostrajając się wielkością skrzydeł oraz tuszą i grają symfonie o
słodkich, przejmujących melodiach). Zorganizowano też kiedyś występ
Syren, ale wiadomo – było to dość kosztowne i kłopotliwe. Transport
artystek w beczkowozach był dla nich bardzo nieprzyjemny a ustawienie na
scenie ogromnego akwarium okazało się dziełem życia inżynierów Krainy, którzy
się tego podjęli. Z pomniejszych cyklicznych imprez warto również
wymienić koncerty zespołu pieśni i tańca „Las” do którego należą wszelkiego
pokroju stworzenia leśne: od elfów, leśnych skrzatów, przez jelenie,
latające wiewiórki aż po korniki, które co prawda nie występują ale
odwalają sporą robotę przy tworzeniu dekoracji i strojów. W Muszli
odbywają się też występy kabaretowe a najsłynniejszym kabareciarzem
Krainy jest oczywiście Starzec znad Rzeki. Swoimi monologami doprowadza
publiczność do szaleństwa, co drugi ankietowany przyznaje że po występie
Starca ma zakwasy na brzuchu od śmiania się przez przynajmniej jeden
dzień.
Wracając do historii, jaką chciałam dziś opowiedzieć – tego dnia w
amfiteatrze miał odbyć się występ znanego na całą Krainę artysty –
magika Doktora Freiwegstein’a. Jest on postacią bez wątpienia
nietuzinkową. Już sam jego wygląd, nawet jak na standardy krainy jest
dość osobliwy – Doktor jest bowiem drewnianą kukłą pomalowaną czarną i
białą farbą. Nosi czarny frak, białą koszulę, czarny melonik i
nieodzowną czerwoną muchę – jego znak firmowy, który zawsze znajduje się
na plakatach obwieszczających jego występ. Postury jest raczej wątłej,
wzrostu – niskiego aczkolwiek ma dość długie nogi i ręce w stosunku do
krótkiego korpusu. Twarz ma pociągłą o niezmiennych wyrazie –
puste oczy i wyszczerzone zęby. Nikt nie wie w jaki sposób Doktor
Freiwegstein mówi, bo.. mimo, iż nie wydaje z siebie dźwięków, to głos
Doktora po prostu pojawia się w głowie rozmówcy i co ważne – tylko w
głowie rozmówcy. Szczęśliwiec nie musi się przejmować, że ktoś kiedyś
podsłucha jego zwierzenia, trafiają one bowiem tylko do zaufanej głowy.
Chociaż, wcale bym nie była pewna, czy Freiwegstein komukolwiek się
zwierza – plotka głosi iż jest samotnikiem i raczej woli kiwać głową,
niż odpowiadać pełnymi zdaniami. Występy Freiwegstein’a są szczególne i
tajemnicze. Tak było również i tego dnia. Doktor wyszedł na scenę i nie
ukłoniwszy się, ani nie poczekawszy aż owacja umilknie wzniósł ręce do
góry i zamarł na chwilę. Powietrze przeszyło jakby wyładowanie
elektryczne – widzom wszystkie włosy stanęły dęba – i po kilku sekundach
gdzieś z nieba zleciała mała drewniana skrzynka – wprost w ręce
Doktora. W tym momencie w głowach każdego z osobna zabrzmiał spokojny
głos Doktora:
„Moi mili, chciałbym dzisiejszego wieczoru pokazać wam Skrzynkę. Skrzynka ta jest szczególna, ponieważ jest pełna i pusta.”
Powietrze przeszył pomruk zdziwienia, część widzów zachichotała, resztę
przeszły dreszcze, Dziewczynka pchnięta jakimś impulsem chwyciła za
łapkę Misia.
-Co jest, maleńka?
-Nic, ciii…!! – uciszyła swojego towarzysza, jakby mógł zagłuszyć głos który ponownie odezwał się w ich głowach:
„Za
chwilkę będziecie mieli okazję uczestniczyć w niezwykłym widowisku. Tak
jak wspominałem, Skrzynka jest pełna i pusta, w zależności od waszych
możliwości. To od was zależy, co jest w Skrzyni i w konsekwencji – czy
opłacało się kupić bilet. Postarajcie się więc, pomyślcie o czymś
przyjemnym i.. zaczynamy!”
Dla stworzeń Krainy, które pierwszy raz były na występie Doktora
Freiwegsteina ta zapowiedź wydawała się bardzo dziwna. Nie wiedziały one
bowiem, że Doktor posiadł pradawną sztukę roziskrzania powietrza
obrazami, które dla każdej istoty z osobna wyglądają zupełnie inaczej.
Opowiadają one równocześnie każdemu widzowi inną historię, która objawia
mu prawdę, sens lub chociaż daje nadzieję, czy chwilę radości. Porusza
najczulsze struny duszy każdego ze zgromadzonych. Pod warunkiem
oczywiście że dana istota potrafi jeszcze czuć, pragnąć dobra, szczęścia
i szukać sensu. Dlatego też najsmutniejsze istoty Krainy unikają
występów Doktora.
W Muszli rozległo się skrzypnięcie otwieranej Skrzynki.
-Misiu… -powiedziała Dziewczynka ściskając mocniej jego łapkę.
-Co takiego…?- trochę nieobecnie odpowiedział Misiu zafascynowany widokiem jaki się przed nim roztaczał.
-Misiu, widzę to. Widzę.
Doktor Freiwegstein stał z boku sceny z założonymi z tyłu rękoma kiwając się na stopach to w przód, to w tył.

12 komentarze więcej...

niedziela, złote wstęgi

przez , 14.lis.2010, w .

Masza żyła w Sadzie Oliwnym, w uroczej (chociaż zupełnie zapomnianej)
kotlinie skalistych, nieprzystępnych Bezimiennych Gór. Sad ten był
wiecznie owocujący, dnie w kotlinie ciepłe i zwykle bezchmurne – oprócz
odświeżających, letnik mżawek. Chroniła się przed nimi pod drzewkami
oliwnymi obserwując jak włosy skręcają jej się w loki. Nocne niebo
zawsze było gwiaździste a Sad wyglądał w srebrnej poświacie księżyca
jeszcze bardziej tajemniczo niż w ciągu dnia. Złote Wstęgi w tym świetle
wydawały się być srebrne. A może rzeczywiście na noc zmieniały kolor?
Mieszkała w Sadzie właściwie sama, ale obecność Złotych Wstęg zawsze
dodawała jej otuchy i ogrzewała zmartwione serce w razie potrzeby. Były
różnych długości i grubości. Poza tym miały różne odcienie i każda miała
swoje ulubione miejsca w Sadzie. Unosiły się zwykle w powietrzu targane
wiatrem, wglądały jakby tylko siła powiewu je unosiła, chociaż Masza
wiedziała, że potrafią latać. Odpoczywały na trawie albo owinięte na
konarach drzew. Wyobraźcie sobie tylko, jakie to cudowne miejsce – wokół
groźne turnie Bezimiennych Gór a po środku wiecznie żywy gaj oliwny
cały spowity ruchliwymi ciałkami Złotych Wstęg. Całość oblana ciepłym
światłem słonecznym, soczysta zieleń, błękit nieba i złoto.. złoto..
Jakież było zdziwienie Maszy gdy pierwszy raz zobaczyła wystrzępioną
Wstęgę. Całe lata wszystkie były idealnie gładkie i błyszczące, aż tu
nagle przeleciała jedna rozdzierająca się na pół. Nie muszę chyba
tłumaczyć jak bardzo niepokojąca była ta obserwacja. Niestety – nie
bezpodstawne były obawy Maszy. Jedna po drugiej Wstęgi zaczęły się
dzielić, zrobiło się ich całe mrowie. Nie wyglądało to źle ale jakoś
tak.. obco. Nie mogąc nic na to poradzić żyła dalej z dnia na dzień, chwilami bywała nawet
szczęśliwa, najszczęśliwsza zaś, gdy spotykała jakąś dorodną, zdrową
Wstęgę. Było ich jednak coraz mniej.. Po paru tygodniach w powietrzu
fruwały już tylko złote nici, coraz słabiej widoczne, aż w końcu
zupełnie zniknęły.
***
„Czasem, gdy ledwo rozbudzona otwieram oczy wydaje mi się, że
widzę jakąś Wstęgę. Dorodną i złociutką, niknącą gdzieś między
drzewkami. Ta sekunda, kiedy już nie śpię a jeszcze nie pamiętam, że
Wstęgi zniknęły.. ta sekunda jest przepiękna.”

Zostaw komentarz więcej...

niedziela, parasol(ka)

przez , 07.lis.2010, w .

Traktowałam swoją parasolkę bardzo czule. Gładziłam po drewnianej rączce i nosiłam wszędzie całą jesień – to zwykle gwarantowało brak deszczu. Nigdy nie potrafiłam się oprzeć, żeby nie obracać jej w palach, gdy oparta o ramię rozpościerała się nade mną. Bariera między mną a deszczem. Była w kolorach ziemi, takie jesienne mazy. Miała poobijaną drewnianą rączkę i pokrzywiony szpic. Wymachiwałam nią zawsze, gdy była złożona. Niestety, jak się trzyma głowę w chmurach, to parasolki się gubi. Cóż, emocje emocjami ale nową parasolkę na miejsce mojej wiernej, jesiennej koleżanki trzeba było znaleźć.
Znalazł się kolega. Nie wiem dlaczego ale automatycznie uznałam, że ten długi, czarny parasol z drewnianą (a jakże) rączką jest mężczyzną. Towarzyszył mi cały pierwszy rok studiów, pierwszy rok w Warszawie i dokładnie na ostatniej imprezie przed powrotem do domu gdzieś go zapodziałam. Był wielki, zawalaty, czułam się pod nim bezpiecznie jak nigdy. No i oczywiście wywijałam nim w powietrzu za każdym razem gdy go niosłam.
Lato przebiedowałam bez mojej ulubionej ochrony przed deszczem ale przyszedł rok akademicki i zdecydowanie trzeba było zanabyć nowego towarzysza.. Znów czarny. A raczej czarna. Mała, składana, mieści się w torebce. Wygodna. Praktyczna. I właśnie wczoraj, gdy idąc przez podeszczową Warszawę natknęłam się na nią w torebce.. zrobiło mi się tak smutno, że nie nadaje się ona do deszczowego tańca. Za krótka, gdy próbuję nią wywijać kręcąc za uchwyt to się rozkłada, jakby miała służyć tylko do osłony od deszczu. Wszystko się robi takie cholernie wygodne i bez polotu.
Trzeba z tym walczyć i jakoś sobie pokrzyżować plany. Życie, dziej się.

Zostaw komentarz więcej...

poniedziałek, nowa

przez , 26.paź.2010, w .

Bałam się, że stanęłam w miejscu. Cały miesiąc oglądałam przez przymrużone oczy z lekkim niepokojem obserwując rozmazane kształty, łatwo przyswajalne. Jakieś takie zsiadłe mleko.
Ale przyszła wreszcie nowa barwa. Cicha i spokojna jak szum klatki  schodowej. Jak lampka nocna.
Pamiętam jak kiedyś odkryłam, że prawdziwym szczęściem jest spokój. Taki w środku.
Miałam chyba ze 14 lat, nie więcej. Śmieszne i oczywiste odkrycie, ale.. trzymam tę myśl w głowie od tamtej pory i nie wypuszczam. Jak wieloma barwami mi Świat teraz nie migocze w oczy, póki widzę tę nową barwę.. spokój nie znika.

2 komentarze więcej...

sobota, z pośligiem

przez , 04.paź.2010, w .

Żyję w bardzo dobrych stosunkach ze swoim Cieniem. Lubię go, i często kroczę za nim w rytm naszej ulubionej muzyki. Chyba że to on idzie tuż za mną, krok w krok, nie myląc tempa marszu choćbym nie wiem jak próbowała zwodniczo wstawiać kontrapunkty, potykać się niespodziewanie czy obracać na pięcie by pognać w przeciwnym kierunku. Czasem mój Cień wychodzi z siebie. Każdy z nas chyba tak ma? Dwoi się wtedy i troi aby otoczyć mnie sobą, jak ochronym płaszczem zwartego szeregu  cienistych strażników.
Brak mi go w pochmurne dni.

1 komentarz więcej...

wtorek,

przez , 07.wrz.2010, w .

Jedno wiem na pewno – szycie na maszynie uspokaja i wycisza tylko przez pierwsze 4 godziny. Prawdopodobnie dlatego, że zwykle po ich upływie coś zaczyna się nie układać, krzywo zaszywać a nitka ucieka jakby częściej. Jednak niezaprzeczalnie jest coś magicznego w ciemnym pokoju wypełnionym muzyką, w którym jedynym źródłem światła jest oświetlenie stopki maszyny. Wyobrażam sobie czasem, że jestem Warwarą Aleksiejewną z „Biednych Ludzi” Dostojewskiego. Tylko mam lepszą maszynę, rzecz jasna.
Tak, niech się te staroświeckie sprawności pogryzą z moim umiłowaniem życia  mieście, liberalizmem i internetową sub-jaźnią. Zaleję to wszystko herbatą.

Zostaw komentarz więcej...

wtorek, chyba wyszłam z wprawy

przez , 17.sie.2010, w .

Księżniczka wyglądała przez okno po raz tysięczny już chyba oglądając
zachód słońca. Nie ma co, piękny widok z tej Wieży. Pagórki z zieloną,
tracącą już o tej porze roku na soczystości trawą kładącą się pod
ciężarem podmuchów wiatru. Wielkie morze trawy aż po horyzont i tylko
niknąca w nim pomarańcza słońca.
-Jakież to, kurwa, poetyckie.
Podeszła do biurka zastawionego zapisanymi papierami, książkami i
wyszukała pod stertą nieudanych rysunków i zabazgranych krzyżówek
kryształową popielniczkę. Z szuflady wyjęła miękką paczkę papierosów i
wróciła do okna. Szafkę zamknęła odchodząc – kopniakiem ze swojej
piękniej nóżki odzianej w skrojony na miarę pantofelek. Wskoczyła na
kamienny parapet, wystawiła jedną nogę na zewnątrz, jak to zwykła robić i
wyłuskała z paczki papierosa i zapalniczkę.
-Ale tu wysoko, co nie, panienko?
Przez lata samotności przywykła do mówienia do siebie, tłumaczyła sobie
nawet, że to dla dobra jej strun głosowych. W końcu głupio by było,
gdyby książę nadjechał a ona na jego:
„Bądź pozdrowiona nadobna księżniczko, przybyłem aby wydrzeć Cię z okrutnych murów tej zaklętej Wieży..”  odpowiedziała :
„Khhhkkhhwwwkkhh”.
Odgarnęła sobie włosy diademem, zapalniczka pstryknęła i księżniczka zaczęła swoją codzienną opowieść.
-Dawno, dawno temu, w wysokiej Wieży mieszkała piękna księżniczka..
Strząsnęła popiół z papierosa i patrzyła za nim jak leci na sam dół, na ziemię skrzącą się od odłamków szkła.
-…była cholernie samotna i zajebiście sfrustrowana. Codziennie siadała
na oknie wypalić tego pieprzonego papierosa, który przez noc oczywiście
z powrotem materializował się w paczce, aby nigdy nie potrzebny  był
jej nawet posłaniec, który dostarczałby regularnie fajki. Tak więc od
lat nie widywała nikogo, jedynie swoje odbicie w lustrze. A przynajmniej
do czasu, kiedy postanowiła codziennie rano rozbijać to cholerne 
lustro. Które, rzecz jasna, również pojawiało się z powrotem na ścianie
za każdym razem gdy się budziła.
Zaciągnęła się porządnie i odchyliła głowę do tyłu wypuszczając powoli dym z płuc.
-…czekała i czekała, ponieważ wciąż nie starczało jej odwagi żeby
wyskoczyć przez okno. Czemu miałaby wyskakiwać, powiadacie? Otóż z
przykrością muszę wam oznajmić, że rodzice owej księżniczki pomylili się
w rachowaniu, i zrobili sobie o jedną córkę więcej niż przewidywało
królewskie rozporządzenie.
Wzięła popielniczkę do ręki i cisnęła nią z całej siły w stronę zachodzącego słońca.
-…i nie wystarczyło dla niej przydziałowego księcia, który miałby ją w
dniu jej dwudziestych urodzin uwolnić. Jednakże była pieprzonym
tchórzem oraz naiwną idiotką, i postanowiła tak czy siak czekać na
jakiegoś nadprogramowego księcia, chociaż nikt nie zostawił jej żadnej
wątpliwości zamykając ją w tej wieży. Nie opowiadajcie tej bajki
dzieciom.
Zgasiła papierosa na parapecie i patrzyła na spowijane powoli mrokiem
pagórki. Były tak spokojnie i piękne, że nikt patrzący na nie nie mógł
dłużej myśleć o samobójstwie. Nawet ta księżniczka.

1 komentarz więcej...

poniedziałek, klasyczne wspomnienia z wakacji

przez , 03.sie.2010, w .

Przeczłapałam przez brukowaną, szeroką ulicę w stronę fontanny Acqua Paola. Włosi lekko sobie traktują sygnalizację świetlną, co dopiero ograniczenia prędkości. Trzeba mieć oczy dookoła głowy. Nogi bolą niemiłosiernie. Pomijając 10 godzinny spacerek z dnia poprzedniego, Trastevere okazało się być dość górzyste, co czułam w każdym mięśniu ud i łydek. Przekroczyłam barierkę i zdjęłam sandały – jak prawie przy każdej napotkanej po drodze fontannie. Z westchnieniem ulgi zanurzyłam nogi w zimnej wodzie i bezwiednie spojrzałam przez ramię.. Panorama Rzymu wzięła mnie z zaskoczenia, zupełnie nieprzygotowana znów musiałam szukać szczęki na podłodze.

Zostaw komentarz więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...